Lubię wyciskać dla mojej rodziny soki. Lubię patrzeć, jak żona uśmiecha się do mnie, gdy podaję jej kubek, i pyta: „Jaka mikstura tym razem?”, a moja mała córeczka przysysa się niemal natychmiast do swojego kubeczka z dzióbkiem. Lubię obierać warzywa i owoce i patrzeć, jak znikają w otworze wyciskarki, jak cicho chrupią, rozcierane przez ślimak, przemieniając się w pyszny – nieporównywalny z kupnym – zdrowy sok.

 

Nie zajmuje mi to więcej czasu niż przygotowanie śniadania, a mam świadomość, że daję mojej rodzinie coś naprawdę wartościowego. To prawdziwy luksus móc zacząć dzień szklanką soku – zamiast filiżanki kawy – lub wypić go kiedykolwiek później, na przykład w formie deseru... zwłaszcza w szare jesienne popołudnie.

Za oknem mgły i tak wszechogarniająca szarość, że niemal zlewa się z błotem, w które przemieniły się nasze leśne ścieżki. Jeszcze niedawno dni tak pełne słońca, teraz moja żona mówi, że słońce znikło z nieba i zeszło na ziemię w postaci złotych liści. Lecz wkrótce zniknie i to. Tym bardziej więc pora na słoneczną energię zamkniętą w złocistym płynie. Na razie jeszcze pełno soczystych jabłek i gruszek, pomidorów, buraków, marchwi, ogórków i winogron, a za chwilę pojawią się soczyste pomarańcze, grejpfruty, ananasy i kiwi – ogrom witamin, minerałów i wszelakich fitozwiązków dla naszych zmęczonych komórek!

Nikt nie namówi mnie na kupowanie soków. Nie mówię już o tym, że większość z nich to koncentraty rozcieńczane wodą z dodatkiem cukrów, a bywa że i konserwantów. Owszem, chętnie zbieram zewsząd inspiracje na pyszne soki, choć najczęściej sugeruję się własnym smakiem lub – gdy szukam przepisu na jakąś konkretną chorobę – zaglądam do wybranych książek. Bo pomysłów na soki jest tak wiele, jak bogata jest natura i ludzka fantazja. Mamy oczywiście swoje ulubione, ale czym byłoby życie bez szczypty eksperymentu i niespodzianki?

Czy jest to drogie? Marchew, jabłka, buraki, pomarańcze – to ogólnodostępne tanie produkty, stanowiące bazę wielu przepisów. Są jednocześnie bogate w przeciwutleniacze i enzymy, przyczyniają się do usuwania toksycznych substancji z organizmu, co jest tak niezbędne dla prawidłowego funkcjonowania komórek ciała. Czy nie jest to smaczniejsze „lekarstwo” niż tabletki, na które również musiałbym wydać pieniądze w przypadku choroby? A czas stracony na leżenie w łóżku? W tym kontekście wiem, że ten naturalny suplement to prawdziwy zastrzyk energii, który utrzymuje mój organizm w świetnej kondycji, a w razie choroby szybciej przywróci zdrowie. I to naprawdę dobra inwestycja. O wiele lepsza niż zakup kawałka sernika w cukierni, nad którego wydatkiem przechodzę zwykle do porządku dziennego.

No dobrze – ktoś powie – a zakup wyciskarki? To przecież znaczny koszt. To prawda. W dodatku od różnorodności produktów dostępnych na rynku nierzadko boli głowa. Dlatego też testuję różne modele, by w ramach fundacji promować te, które są naprawdę dobre jakościowo, a przy tym nadmiernie nie obciążają kieszeni przeciętnego Polaka. Od kilku lat używam w domu wyciskarki Greenis. Dlaczego? Bo praca na niej jest czystą przyjemnością – jak na większości wyciskarek pionowych. Po prostu wrzucam (nawet twarde) warzywa do wlotu i rzadko kiedy używam popychacza. A zatem zero wysiłku – fakt szczególnie cenny dla kobiet i osób starszych.

Moja wyciskarka w standardowym wyposażeniu posiada trzy sita: pierwsze – uniwersalne do wszelkich soków i mlek z orzechów, drugie – do bardziej gęstych soków bądź przecierów (na przykład moja żona robi przeciery z pomidorów na zimę lub „bobofruty” dla naszej dzidzi) i w końcu trzecie – do robienia lodów z mrożonych owoców lub maseł orzechowych (mniam... mniam...). Ta ostatnia opcja jest rzadko spotykana w innych modelach wyciskarek, a jeśli w ogóle to za dopłatą, natomiast my korzystamy z niej bardzo często.

Greenis ma ponadto silnik indukcyjny, dużo trwalszy niż przeciętny szczotkowy (i tutaj najczęściej cena wyciskarki od razu się podwaja), a zastosowane w niej przełożenie dające 65 obrotów na minutę przy zaledwie 150 watach to idealne rozwiązanie, którym producenci Greenisa wyróżniają się wśród licznej na rynku konkurencji. Bo nie tyle chodzi o to, żeby było „dużo watów” (bo to nie mikser ani robot kuchenny) ani nie zależy nam na tym, żeby liczba obrotów była jak najniższa (bo nie chcemy przecież czekać na zrobienie szklanki soku „w nieskończoność”), ale chodzi o to, by wyciskarka nie miała zbyt dużych problemów przy miażdżeniu twardych warzyw jak burak czy marchew, co chwila nie zatrzymywała się i nie wywoływała uczuć frustracji u jej użytkownika. Należy jednak pamiętać, że duże, twarde warzywa i tak trzeba pokroić na mniejsze kawałki – nawet jeśli będzie to model wyciskarki z szerokim wlotem, która dobrze radzi sobie z miękkimi owocami, takimi jak pomarańcza czy jabłko. Tego typu wyciskarki zazwyczaj są droższe o kilkaset złotych. Czy są jednak tego warte? Nie sądzę.

Bo za zdrowie nie należy przepłacać. Bo powinno być ono dostępne dla każdego – tak jak świeże powietrze i czysta woda. Reszta zależy od nas samych. I od wyborów, które podejmujemy codziennie.

Rafał Ochocki

Kopalnia przepisów na zdrowe soki i koktajle znajduje się tutaj :)

  • Prev
  • Współpraca
Template Settings
Select color sample for all parameters
Red Green Olive Sienna Teal Dark_blue
Background Color
Text Color
Select menu
Google Font
Body Font-size
Body Font-family
Direction
Scroll to top

Strona korzysta z plików cookies w celu lepszej relizacji usługi zgodnie z Polityką Plików Cookies. Korzystając ze strony zgadzasz się na ich wykorzystywanie. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj naszą politykę prywatności.

Kliknij OK aby zamknąć popup